Piafka

Jak zaczęliśmy korzystać z pieluch wielorazowych

sobota, 11 maja 2019
| Brak komentarzy

Zasypujecie mnie pytaniami o pieluszki wielorazowe, a że trwa Tydzień Pieluchy Wielorazowej, to uznałam, że już czas na zebranie się w sobie i napisaniu Wam o naszej „przygodzie” z wielopielo.

Zacznę od tego, że to nie będzie wpis poradnikowy, nie opiszę Wam wszystkich możliwości. Od początku pieluchowania kupiliśmy tylko kilka pieluszek, a resztę szyłam sama (na zdjęciach są tylko te "moje"), dlatego nie mogę Wam polecić żadnej konkretnej firmy, a bez tego ciężko pisać porady ;-)

Zamiast tego odsyłam Was do Reni – kobiety, dzięki której poznałam pieluchy wielorazowe (na długo zanim mnie w ogóle ten temat dotyczył), zaintrygowałam się, a najważniejsze, że zrozumiałam, co i jak. U Ronji znajdziecie rewelacyjną grafikę tłumaczącą, co do czego służy, oraz wszystkie najważniejsze informacje. Najlepiej przeczytaj ten wpis zanim zajmiesz się moim, bo nie tłumaczę wszystkich pojęć.

Tutaj chcę Wam opowiedzieć o tym, jak to wyglądało u nas, o naszych początkach i o tym, co było dalej. Zaczynaliśmy pod koniec 2017 roku, wówczas ceny produktów były nieco niższe niż aktualnie.

Jeszcze przed porodem byliśmy z Bartkiem przekonani do pieluch wielorazowych. Nie będę Was oszukiwać, że chodziło o dbanie o środowisko, bo to była dla mnie kwestia mało istotna, w przeciwieństwie do względów zdrowotnych oraz ekonomicznych. Od pewnego czasu starałam się ograniczać chemię w kosmetykach, czytać składy, wybierać świadomie. Dlatego zawijanie dziecka na 24h na dobę w sztuczne, nasączone chemią tworzywa po prostu mi nie odpowiadało. A względy ekonomiczne, no cóż, bardzo nie lubię wydawać kasy, jeśli mogę tego nie robić. Lubię, gdy zostaje mi na zachcianki ;-) Pod koniec wpisu napiszę Wam mniej więcej, ile co kosztowało.

Termin porodu się zbliżał, a ja nie miałam głowy do pieluch. Wiedziałam, że dla noworodka są inne modele niż dla niemowlaka (mniejsze), ale nie miałam siły czytać o szczegółach. Mimo ogromnego wsparcia znajomej Oli, nie mogłam się zdecydować, bo jednak taka pieluchowa wyprawka jest sporym wydatkiem (zwłaszcza gdy stawia się na minimalistyczną wyprawkę). Lilka sie urodziła, my oczywiście dostaliśmy zapas jednorazówek. Postanowiliśmy poczekać aż będzie pasować na nią rozmiar One Size (większość pieluch jest regulowana i pasuje na cały okres pieluchowania) i wtedy wszystko kupić. Czyli w teorii ok. 2 miesiące. Zaopatrzyliśmy się jedynie w tetrę – najtańszą z marketu. Jest słabej jakości, ale służy nam do dziś. Ma niską gramaturę i po domu jest idealna – miękka, mała, robię z niej wkłady.

Bardzo często Lilka była w samej tetrze, ale mimo to stos pampersów rósł niemiłosiernie szybko. Trzymaliśmy je w łazience i naprawdę rzucało się w oczy ile tego jest! Złapałam się na tym, że się wkurzam, kiedy zaraz po zmianie pieluchy pojawiała się „dwójka”. Miałam poczucie marnowania wszystkiego. Do tego pojawiły się spore odparzenia. Wewnętrznie dojrzałam i bardzo potrzebowałam zrezygnować z jednorazówek JUŻ. Lilka miała prawie 2 miesiące, zdążyłam już poczytać i posłuchać opinii innych.


Jak zaczęliśmy korzystać z pieluch wielorazowych?

Najbardziej przemówiła do mnie wełna, PUL wszędzie jest zachwalany jako oddychający i zdrowy, ale jestem bardzo nieufna w takich kwestiach – chodziki też kiedyś były super i rtg nieszkodliwy. A wełna to wełna, wiadomo, że naturalna. Pojawił się jednak problem – otulacze kosztowały sporo, na start przydałoby się ich mieć kilka. A co jak to się nie sprawdzi i jednak nie jest dla nas (wszyscy dookoła wyśmiewali i straszyli, co nie pomagało w decyzji)? I wtedy odpaliłam niezawodnego OLXa. Zamiast otulaczy, szukałam gatek – są tańsze. Trafiłam na takie szyte samodzielnie przez mamę, 10 czy 20 zł sztuka. Tetrę już mieliśmy, mogliśmy spróbować!

Okazało się, że zapał nie minął i powoli zaczęliśmy zastępować pieluchy jednorazowe. Wtedy zdecydowałam się na zakup pierwszego otulacza wełnianego, wówczas chyba jedynego dostępnego, a na pewno najpopularniejszego (firmy Wam nie polecam ze względu na kradzież mojego zdjęcia i bardzo nieprzyjemne teksty właścicielki w kierunku do mnie). To było to! Gatki ciężko się zakładało i ściągało (podejrzewam, że to kwestia sporych ud dziecka), a zmiana otulacza była bardzo łatwa. Dokupiłam potem jeszcze jeden (handmade). Kolejne już uszyłam sama.




Dopiero przeglądając zdjęcia widzę, ile otulaczy się u nas przewinęło. W teorii wyprawkę po jednym dziecku spokojnie można przekazać dla kolejnego, ale pod jednym warunkiem – właściwej pielęgnacji pieluch. A nam się nie chciało bawić w delikatne traktowanie wełny i w większości otulaczy po prostu pojawiły się dziury (od tarcia wełny, nie spierania od razu, suszenia na kaloryferze). Ponieważ szyję je sama, nie zależało nam aż tak na ich wytrzymałości. Otulacz sklepowy to wydatek ok. 50-100 zł, materiał na mój kosztuje ok. 10 zł (już z napami i gumkami). Do tego dochodzi oczywiście czas potrzebny na uszycie, ale to moje hobby ;-)

Z pieluch wielorazowych korzystamy już 1.5 roku, przy następnym dziecku planuję zacząć od początku. Nie testowałam wszystkich dostępnych na rynku systemów, nie czułam takiej potrzeby. Musicie pamiętać, że każde dziecko jest inne i to, że u nas jakiś model się sprawdził, nie znaczy, że u Was także tak będzie. Podobnie jest z wkładami – niektóre dzieci sikają mniej, inne więcej i wówczas potrzebne są chłonniejsze materiały. My od początku korzystamy z tetry, zmienił się tylko sposób jej składania. Mamy ok. 30 sztuk. Do tego kilka małych ręczniczków i wkładów, które uszyłam z ręczników. Używamy ich na noc jako dodatkową chłonność.



Kiedy Lilka poszła do żłobka, uszyłam kilka pulowych kieszonek – żeby ułatwić pracę nauczycielkom. Ten system super się sprawdza, na dzisiejszy wieczór mam zaplanowane uszycie kolejnych. Poza żłobkiem korzystamy tylko z wełny.

Parę tygodni temu musieliśmy niestety wrócić do pieluch jednorazowych - podczas ząbkowania zmienia się skład chemiczny moczu i może wywoływać odparzenia. U Lilki dochodziło do pieluszkowego zapalenia skóry i tym razem to właśnie pieluchy jednorazowe okazały się rozwiązaniem problemu. Także to trochę mit, że w wielorazowych nie ma odparzeń ;-) Korzystamy z obu systemów wymiennie, myślę, że jeszcze parę dni i wrócimy do wielorazowych.

Co się u nas najlepiej sprawdziło?

- tetra, ok. 70x80, najpierw składana w samolot, potem jak wkłady
- otulacze wełniane na dzień (wolimy te z tkanin, nie dzianin i rozmiarowe, a nie one size)
- gatki wełniane na noc
- kieszonki pul odkąd Lilka poszła do żłobka
- klamerka Snappi (korzystaliśmy z chińskich zamienników, ale jakość jest nieporównywalna)

Najtaniej można sprawdzić czy pieluchowanie wielorazowe jest dla Was kupując:

- 2 pary wełnianych gatek (używane ok. 20-50 zł sztuka; nowe handmade ok. 35 zł; najlepiej takie z wełny merino/kaszmiru)
- 10-15 tetr 60x60 (noworodek), 80x80 (starsze dzieci), ale jak macie inne, to warto próbować z nimi (marketowe ok. 1,5-3zł sztuka; „pieluchowe” ok. 3,5-5 zł sztuka); dla noworodków można je zamienić także z ręczniczkami do rąk z IKEA
- proszek z niską zawartością mydła (my korzystamy z Jelp)
- wiaderko/kosz na brudne pieluchy
- lanolina (używane gatki często są już zalanolinowane i kolejna kuracja będzie potrzebna dopiero po ok. miesiącu używania).

Całość zamyka się w 100-150 zł, przy dużym szczęściu nawet mniej (u nas to było ok. 40 zł, ale to 2 lata temu i ze spadkową tetrą). 

Polecam takie rozwiązanie, bo można niskim kosztem sprawdzić czy to dla Was i dopiero potem inwestować (koszt wyprawki zależy od wybranego systemu – można się zamknąć w 200 zł, a można wydać 3000 zł). Do tego dochodzi oczywiście koszt prania, z czasem trzeba dokupić kolejny proszek, lanolinę, czasem wymienić niektóre rozwiązania. Koszt wszystkich produktów, na cały okres pieluchowania (bez prania) może się zamknąć nawet w 500 zł (uwzględniając sprzedaż nieużywanych pieluch). Jeśli przy gatkach i tetrze dalej będziesz przekonana do pieluchowania wielorazowego, to na pewno nie zawiedziesz się z otulaczami czy innymi systemami – one są po to by ułatwiać życie J




O pieluszkach wielorazowych szykuję jeszcze kilka wpisów, m.in. taki z tutorialem szyciowym, jeśli macie jakiekolwiek pytania – piszcie J


Pozdrawiam,
Kaja