Piafka

Narodziny Roszka, historia ekspresowego porodu domowego

wtorek, 25 lutego 2020
| 3 komentarze
3 września na zawsze pozostanie ważnym dniem w moim życiu. To właśnie wtedy urodził się Roch. W domowej wannie, świadomie, spokojnie, choć bardzo szybko. 

Na samym wstępie zaznaczam - nie życzę sobie oceniania mojego podejścia. Nikt z Was nie zna mojego organizmu, historii medycznej, nie wie dokładnie, jakie badania robiłam. Wszystko konsultowałam ze specjalistami, to mój i mojego męża wybór. Komentarze mające na celu straszenie innych swoimi historiami będę usuwać.



Mój pierwszy poród był dość filmowy, wbrew słowom pielęgniarki "paaaaaani to nie są amerykańskie filmy, dzisiaj pani nie urodzi!!". Urodziłam. W domowej wannie. Tę historię możesz przeczytać tutaj, ale uprzedzam, to taki trochę spojler tego wpisu ;-)

Druga ciąża przebiegła znacząco inaczej od pierwszej - przez 9 miesięcy towarzyszył mi głównie spokój. Nie było złamanej nogi, bólu, stresu, operacji. Nie martwiłam się porodem (w pierwszej ciąży bardzo obawiałam się, że wymarzony poród domowy nie dojdzie do skutku). Mogłam po swojemu przygotowywać się do przywitania nowego członka rodziny. Po swojemu, czyli szlifując meble, malując komodę czy szyjąc wyprawkę ;-) Aktywna byłam do samego końca ciąży - dosłownie, ale o tym zaraz.

Porody domowe od dawna wzbudzają pewne kontrowersje, na szczęście nasza decyzja nikogo już nie dziwiła. Rodzina i znajomi pytali tylko (nieco retorycznie) czy znowu chcemy w domu i czy z tą samą położną. Dzięki temu uniknęliśmy zbędnego stresu - co bliscy powiedzą, jak się zachowają - wszystkie te zmartwienia mogliśmy odłożyć na bok. W tej ciąży poszliśmy o krok dalej, bo wszelkie badania ograniczyliśmy do absolutnego minimum. Zamiast czuć się jak chory pacjent, czułam się po prostu jak ja, tylko z wielkim brzuchem. Pewnie dlatego w tej ciąży nie było we mnie buntu na nową rzeczywistość, wszelkie ograniczenia nie stanowiły dla mnie problemu. Całkowity luz, spokój ducha. Polecam wszystkim, to miły stan.

Historia porodowa zaczyna się w okolicach stycznia 2019, kiedy zadzwoniłam do Wioli (nasza położna) z radosną wiadomością. Chciałam być pewna, że będzie miała dla nas czas za parę miesięcy. Terminy porodu miałam wyznaczone dwa - 22 sierpnia i początek września. Nie pamiętam dokładnie na kiedy, bo nauczona doświadczeniem nikomu nie podawałam dokładnego terminu - na pytanie o termin odpowiadałam "między 15 sierpnia a 15 września". Dzięki temu uniknęłam wkurzających telefonów czy to już, czy Roszek jest już z nami.

Luty 2019

Uciekłam od lekarki prowadzącej moją ciążę po tym, jak usłyszałam, że "ochrona krocza w trakcie porodu to mit". Ręce mi opadły, zadzwoniłam do mojej położnej. Zmieniłam nie tylko lekarza, ale także podejście do ciąży. Wspaniale się czułam bez comiesięcznego USG, bez długich kolejek w poczekalni, badań wewnętrznych czy zbędnego pobierania krwi.

Kwiecień 

Czułam, że Roszek pcha się na świat. Pojawiły się skurcze przepowiadające, brzuch się obniżył. Musiałam zwolnić, odpoczywać jeszcze więcej. Ograniczyłam spacery, dużo leżałam i wszystko się unormowało. Mogliśmy nawet pojechać na wakacje na przełomie maja i czerwca.

Lipiec

Czas umówić się z synem na jakąś datę porodu. Ale co będzie lepsze - urodziny w sierpniu czy we wrześniu? Podpytuję znajomych, jak im się żyło w dzieciństwie. Długo nie mogliśmy się zdecydować. W końcu Bartek postanawia - 3 września 2019. Mi po głowie chodziła data 9.09.2019 (ładna, prawda?), ale nastawiałam się na 3 września.

Sierpień

Lilka zostawała w żłobku do 15 sierpnia. Chciałam do tego czasu skończyć moje projekty i spędzić z nią trochę czasu. Cały czas miałam wrażenie, że Roch postanowi spłatać nam psikusa i urodzi się w połowie sierpnia. Próbował, nie udało mu się ;-)

Moje plany się przesunęły, bo mały znowu zaczął szaleć, a ja musiałam doczekać do skończonego 37 tygodnia żeby móc bezpiecznie rodzić w domu. Powolutku działałam z kolejnymi DIY, ale bez spiny - jak nie zdążę pomalować pokoju przed porodem to trudno, zrobię to potem.

26 sierpnia 2019

Roch postanowił się urodzić. O nie mój drogi, nie tak się umawialiśmy! 3 września jest za tydzień i w nosie mam Twoje widzi mi się - zostajesz w środku kolego, matka musi ogarnąć bałagan. Po raz kolejny miałam regularne, silne skurcze. Tym razem położna przyjechała sprawdzić i faktycznie, spodziewała się, że tego albo następnego dnia urodzę. Ale nic z tego, umowa to umowa - mam jeszcze tydzień na swoje sprawy ;-)

2 września 2019

Oczywiście jeszcze zostało mi sporo do zrobienia, choć większość skończyłam. Plan na jutro, czyli wielki dzień - pójdę spać koło 3 w nocy (ostatni miesiąc ciąży to u mnie bezsenność), wstanę koło 9, w trakcie drzemki Lilki skończę sprzątanie. Bartek miał dokupić jakieś rzeczy do koszyczka porodowego przygotowanego w łazience. Na Instagramie odpowiadałam Wam na pytania dotyczące porodu domowego (znajdziecie w wyróżnionych), myślałam, że mam jeszcze cały dzień na skompletowanie potrzebnych rzeczy.

Od początku ciąży wiedziałam dwie rzeczy - Roch urodzi się w nocy, a Lila będzie wtedy w domu. To było dla mnie oczywiste. I faktycznie, tak też było. Tylko nie wpadłam na to, że 3 września w nocy nie oznacza końca dnia. To może być też 1 w nocy ;-)

Jedno przeczucie mi się nie sprawdziło - spodziewałam się około 5 godzinnego porodu. Na szczęście, na wszelki wypadek spytałam Wiolę co mamy robić, jakby tym razem też wszystko poszło szybko, jakby nie zdążyła dojechać. Co ma robić Bartek, jak ja mam postępować żeby nie mieć obrażeń. Dobrze, że spytałam, bo te rady okazały się bezcenne.

3 września 2019 

Lila spała z tatą na dużym łóżku, chciałam skończyć ogarnianie w jej pokoju.

1 w nocy - skręciłam zabawkę manipulacyjną.

2 w nocy - posprzątałam część zabawek. Rozłożyłam półki do pomalowania kolejnej warstwy.

3:05 - pomalowałam półki ostatnią warstwą, odłożyłam na chwilę pędzel. Za chwilę chciałam obrócić i zrobić drugą stronę.

3:27 - wrzuciłam na IG ankietę - czy Roszek urodzi się tak, jak chce tata, czyli 3 września, czy jak mama, 9 września. Obstawialiście 9.

3:35 - skurcz. Mocny. Znam to już i wyciągam telefon. Odpalam stoper. Na wszelki wypadek w popłochu sprzątam - odniosłam jakieś 20 książek dociskających sklejkę do regału. Zawijam pędzel w folię, zamykam puszkę z farbą. Nie dam rady skończyć sprzątać, skurcze są za mocne, za częste. Biegnę po aparat, upewniam się, że jest ustawiony i zostawiam go na przewijaku w łazience. Wiem, że urodzę w wannie.

3:40 - budzę Bartka. Puk, puk, Bartek to chyba już. Bartek: chyba czy na pewno? O co Ci chodzi, daj mi spokój, śpię! Wkurzona zamykam drzwi.

3:45 - wstał, szybko zgarniamy razem wszystko, co zostało do pudełek. Bartek dzwoni do Wioli, ja już nie dam rady. Już wiemy, że nie ma szans, żeby zdążyła. Mam skurcze krzyżowe, a właściwie jeden wielki skurcz.

3:55 - jestem już w wannie. O nie, tym razem wiem, że nie mam 5 godzin. Natychmiast sięgam po maszynkę do golenia. Tak, zdążyłam nawet ogolić nogi. Skończone, to nalewam wodę. Zastanawiam się czy zdąży się nalać zanim Roszek się urodzi. Po akcjach z poprzedniego tygodnia jeszcze nie jestem na 100% pewna czy to faktycznie poród. Wszelkie wątpliwości mijają, kiedy czuję, że odeszły mi wody (bardzo filmowo, jakby ktoś balon pełen wody przebił). Myślę "cholera, to już nie ma odwrotu teraz, a chciałam skończyć te półki...".

4 ileś (czas przestał płynąć) - boli jak cholera, ale mam pełną świadomość umysłu. Czuję absolutnie wszystko, jestem bardzo spokojna. W łazience byłam sama, Bartek co jakiś czas przychodził zapytać czy wszystko ok. Nie pamiętam czym się zajmował. Odkurzał? Bardzo możliwe, bo ja jestem bałaganiarą. A byłoby miło gdyby był względny porządek, kiedy rodzi się dziecko.

Tym razem byłam na tyle spokojna i uważna, że zdążyłam nawet pomyśleć - ej, wszędzie piszą o tych afirmacjach, o wyobrażaniu sobie, że wszystko się otwiera, że dziecko schodzi niżej, czy jakoś tak. No dobra, to spróbujmy, może pomoże. Pomogło. Zwizualizowałam sobie to wszystko i tak jakby się wyłączyłam z bólu; on sobie był, ale trochę obok mnie. Ciężko to opisać, zwłaszcza, że dłużej to opisuję niż wszystko trwało. To były sekundy - myśl - realizacja - ulga - następny krok.

Pewnie ok. 4:15 kazałam Bartkowi już przyjść, bo skurcze stały się naprawdę nieznośne, dziecko naciskało na jakiś nerw, miałam problem z utrzymaniem pozycji pionowej w wannie, a pozioma odpadała. Masował intensywnie dolną część pleców i polewał ciepłą wodą. Pomagało bardzo.

Nie pamiętam po co, ale dzwoniliśmy do Wioli. Jechała do nas i z nami rozmawiała. Wiedzieliśmy już, że będzie ok. 40 min po wszystkim. Kazałam się Bartkowi rozłączyć, bo zaczęły się parte.

Skurcze parte to dla mnie ulga. To przerwa w skurczach krzyżowych, które mam cały czas od początku porodu (CAŁY czas - ja nie mam skurczów, co 10, 5 czy 3 minuty, to od razu jazda bez trzymanki i 40 sekundowe skurcze co 1-2 minuty). Lubię je.

Intuicyjnie przyjęłam pozycję kolankową. Przy takim postępie porodu, zgodnie z radami Wioli, starałam się nieco spowolnić akcję przytrzymując główkę dziecka. Po urodzeniu główki, świadomie przestałam przeć, dałam się dziecku urodzić samodzielnie. Chwilę trwało zanim mały się obrócił odpowiednio barkami i urodził cały. Nawet coś rozmawialiśmy z Bartkiem w trakcie.

4:20 coś - urodził się Roszek. "Bartek, zegarek! Sprawdź która jest godzina".

Przyjęliśmy, że Roch urodził się o 4:25, 3 września 2019 roku.

Urodził się siny, bez oddechu, bez ruchu. Był dwukrotnie owinięty pępowiną dookoła szyi. Automatycznie odwinęłam pępowinę, przytuliłam dziecko, próbowałam przystawić do piersi. Oddychał, ale bardzo słabo, bardzo cichutko. Dzwonimy do Wioli, bo zaczynam panikować czy nie trzeba dzwonić po karetkę. Ma do nas daleko, ale to nic. Jej spokojny głos, opanowanie wystarczyło - powiedziała, że to się zdarza, że jak oddycha to najważniejsze. Kazała coś zrobić, ale już nie pamiętam dokładnie, co (na pewno Bartek go odśluzował, bo mnie to brzydzi :D). Powoli (w moim odczuciu, bo to wszystko były minuty) wracały mu kolory, zapłakał cichuteńko (raczej zapiszczał, jak mały kotek - Lila dość często go tak określała potem). Na momencik złapał pierś i zasnął. Tak się tuliliśmy w wannie aż przyjechała Wiola.


Potem jeszcze tylko trzeba urodzić łożysko i zaczyna się połóg - dla mnie najgorszy etap ciąży. 3 tygodnie bólu, znacznie gorszego niż ten porodowy.

Ok. godziny 5 Lila coś powiedziała przez sen, Bartek poszedł ją spytać czy chce poznać brata. Lila stwierdziła, że nie, bo śpi. Odwróciła się na drugi bok :D Przyszła do nas około 5:40, dzidziuś bardzo jej się spodobał.

I tak zaczęła się nasza przygoda z dwójką dzieci w domu.



Pierwszy poród dał mi mnóstwo siły, energii. Czułam się kobieco. Tym razem tego wszystkiego zabrakło. Chyba poszło za szybko, zbyt zadaniowo. Jak w tych anegdotach o babach idących w pole, rodzących między ziemniakami i wracającymi do domu pieszo. U mnie było podobnie, tylko zamiast ziemniaków były półki. O, te. Pomalowałam je miesiąc później.




Po urodzeniu się Lili co chwilę przeżywaliśmy to wszystko na nowo - każdy znajomy chciał poznać historię tego porodu. Tym razem większość ograniczała się do pytania "tym razem położna zdążyła?". Cieszę się, że chociaż tutaj mogę opowiedzieć wszystko jeszcze raz :)

Jeśli macie jakieś pytania dotyczące porodu domowego, piszcie do mnie. Dostaję ich sporo, myślę, że czas zebrać wszystko w osobnym wpisie.





Pozdrawiam,
Kaja



3 komentarze
  1. Sama jestem na początku ciąży i szukam dobrych opowieści porodowych. Twoja mnie wzruszyła, momentami, aż miałam ciarki :) Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  2. Podziwiam za odwagę, spokój i opanowanie. Zarówno Ciebie jak i męża, bo my byśmy chyba spanikowali na widok sinego dziecka. Sama obecnie oczekuję porodu (pierwszego) i zastanawiam się czy w ogóle "kapnę się", że poród się zaczął (mam opóźnione czucie i dużą tolerancję bólu) i że to jest ten właśnie moment, kiedy powinniśmy jechać do szpitala. A co do ogarniania domu do ostatniej chwili to w pełni rozumiem. :D Ja też nie mogę w sumie usiedzieć na miejscu i muszę coś robić, bo inaczej nie potrafię.

    Pozdrawiam i dziękuję za szczerą historię :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Wreszcie trafilam na kogos z podobnym do mnie podwjaciem! Cudowny post i ogromne gratulacje.

    Sama przygotowuje sie do narodzin pierwszego dziecka w domu. Od lat wiem ze tak urodze ale tak jak napisalas wiekszosc czasu martwie sie czy porod domowy dojdzie do skutku.

    Wspanialy post 🤗

    OdpowiedzUsuń