Piafka

Z dzieckiem można wszystko!
Ale czy na pewno warto?

czwartek, 4 października 2018
| 7 komentarzy

Poczekaj aż się urodzi! Ale ci da popalić, wyśpij się na zapas, nic już nie będzie takie samo. Te teksty zna chyba każda przyszła mama. Dostajemy mnóstwo niechcianych rad i jeszcze więcej ostrzeżeń, jak to będzie strasznie, kiedy urodzi się dziecko. I większość z nich zazwyczaj okazuje się wielkimi bzdurami, bo przy maluchu naprawdę można wszystko! Pytanie tylko - czy faktycznie warto?

Kilka godzin po porodzie wymyłam prysznic, chciałam też skończyć remont pokoju Lilki/mojego gabinetu, ale uznałam, że mi chyba nie wypada. Dzień późnej byli u nas goście, miałam dużo czasu dla siebie. Szydełkowałam karmiąc, oglądałam seriale, zrealizowałam kilka sesji noworodkowych. Wszystkie ograniczenia wynikały nie z tego, że pojawiła się Lilo, ale z mojego stanu zdrowia (pamiętajcie o szlafroku do porodu! Tak zmarzłam, że złapałam najgorsze-przeziębienie-świata i dwa tygodnie wyjęte z życia...). Wiedziałam też, że oszczędzanie się po porodzie jest ważne dla organizmu i trzeba odpocząć, wybierałam raczej spokojne zajęcia niewymagające wysiłku fizycznego. Stale za to słyszałam - poczekaj aż będzie starsza, tylko przy noworodku tak jest. Lilo oczywiście się zmieniała, potrzebowała dużo mojego czasu (jestem jej głównym opiekunem, spędzamy średnio 20h dziennie razem), ale dalej realizowałam swoje projekty.

Jako mama dziecka wymagającego naprawdę dużo uwagi, przemieszczającego się właściwie od 2 miesiąca życia, nieprzesypiającego nocy, mogącego jeść bez przerwy cały dzień dalej twierdzę, że przy dziecku (zdrowym) można wszystko, ale niekoniecznie warto to wszystko realizować.

Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu od kobiet wręcz oczekuje się powrotu do pracy, robienia kariery, 10 pasji, a to wszystko najlepiej z dzieckiem przy piersi. Młode matki są taką grupą społeczną, którą wszyscy dookoła bardzo chcą oceniać. Zaczyna się, niby niewinnie, od pytań dotyczących porodu ("normalnie czy cesarka?" - to rozróżnienie jest absurdalne..), przez karmienie ("karmisz??"), a na wracaniu do formy kończąc ("czas już ruszyć pupę, a nie zasłaniać się dzieckiem!"). Potem ludzie zaczynają się wtrącać w aktywność kobiet, w ich rozwój zawodowy ("chcesz być utrzymanką męża?! Musisz znaleźć pracę!"). Nie wiem jak Wy, ale ja odczuwam(łam) presję społeczną na jak najszybszy powrót do wyglądu sprzed ciąży (ile czasu po porodzie spytano Was o wagę?), do robienia kariery, do dążenia do pewnej idealności i perfekcyjności, równocześnie poświęcając 100% uwagi dziecku i najlepiej będąc w kolejnej ciąży miesiąc po porodzie (ba! 2h po byłoby odpowiedniejsze). Wielokrotnie słyszałam, często w formie sugestii, że powinnam odstawić Lilo od piersi, powinnam pozwalać się jej wypłakać do zaśnięcia, oddać komuś pod opiekę nawet, jak ona tego nie chce, a wszystko po to, żeby mnie tak nie męczyła; oczywiście, w wyobrażeniu rozmówcy, bo nigdy nie spytano mnie czy faktycznie mnie to męczy.

Kobiety nakręcają się wzajemnie publikując zestawienia zdjęć typu dzień przed porodem i 5 miesięcy później, pisząc o świetnej organizacji czasu z niemowlakiem, chwaląc się rozwijaniem kolejnej firmy na macierzyńskim. Nie mam nic przeciwko, uważam, że to super, że mamy się realizują, ale pod jednym warunkiem - wszystkie te działania faktycznie dają radość i szczęście matce, a nie jej otoczeniu.

Przez pewien czas dawałam się w to wciągnąć, chciałam rozwijać bloga, realizować sesje zdjęciowe, zakładać firmę, zdobyć tytuł magistra. Wszystko super, ale równocześnie byłam bardzo zmęczona, a zajmowanie się Lilką coraz częściej mnie frustrowało. Dlaczego ona tyle je, chcę skończyć post! Niech wreszcie zaśnie, muszę malować! Muszę to, muszę tamto. Często miałam jej dość, wkurzałam się, irytowało mnie, że nie mogę skończyć swoich spaw. Czułam się rozdarta między dzieckiem a pracą. Aż wreszcie pojechaliśmy na wakacje :)

Podczas tygodnia na Gran Canarii Lilo zaczęła zasypiać bez wrzasków, czasami nawet sama. Chodziła uśmiechnięta, zaczepiała wszystkich, gadała po swojemu. Stała się innym dzieckiem w moich oczach. Bo ja też czułam się lepiej, choć przez tydzień właściwie nic ambitnego nie zrobiłam. Od tamtej pory coraz częściej pojawiała mi się w głowie myśl - ale czy na pewno ja muszę robić coś ambitnego? Nie wystarczy, jak skupię się teraz na macierzyństwie? Przecież ten okres tak szybko minie, a za jakiś czas nie będzie miało znaczenia czy napisałam nowy post, czy nie.

To nie tak, że odpuściłam swoje pasje i nic nie robię, myślę, że jest na odwrót. Ale zdarzają się dni, gdy razem z Lilo cały dzień śpimy i się tulimy. Odkładam wtedy swoje plany na kiedy indziej i cieszę się z danej chwili. Przynajmniej sobie odpocznę i będę mieć więcej sił jutro :) Nie zdążę opublikować wpisu? Trudno, zrobię to następnego dnia albo za tydzień. Po prostu przestałam Wam obiecywać, że coś się pojawi na blogu w dany dzień, bo wtedy czułam, że wszystkich dookoła zawodzę. Jeśli naprawdę mi na czymś zależy, to to zrealizuję, ale kosztem czegoś innego. Dlatego, bym podjęła taką decyzję, muszę być pewna, że dane działanie da mi dużo satysfakcji, a tym samym siły i chęci do zajmowania się dzieckiem. Staram się zachować taką równowagę, równocześnie pozwalając sobie na mnóstwo luzu, na odpuszczenie pewnych zajęć. Wiadomo, czasem muszę coś zrobić, ale staram się umawiać tak, by nie zakłócić drzemek Lilki i nie męczyć jej i siebie za bardzo (z naciskiem na siebie ;-)).

W praktyce wygląda to tak, że znajomych najczęściej zapraszamy do nas, zamiast targać Lilo wieczorami utrudniając jej spanie. Plany dostosowuję do jej etapu rozwoju, np. kiedy zaczynała siadać nie wytrzymywała w foteliku samochodowym. Darła się okropnie i denerwowała, więc przez jakieś dwa miesiące nie jeździłam z nią sama. No bo serio, czy jakieś zakupy, czy nawet wycieczki są tak ważne, żeby na siłę wpinać drące się dziecko do fotelika? Kiedy bardzo mi zależało na wyjeździe, czekałam na Bartka i albo jechałam sama, albo siedziałam obok Lilki i ją zabawiałam/karmiłam całą drogę. Na wakacje na Gran Canarii się zdecydowałam i było super, ale weekend na Mazurach już odpuściłam - zwyczajnie wolałam się wysypiać, a wiedziałam, że wyjazd rozreguluje sen Lilki. I tak dalej, nie muszę już udowadniać innym i sobie, że z dzieckiem się da, nie daję się wciągnąć w trend kobiety superbohaterki mogącej nie spać trzy dni i dalej wyglądać jak milion dolarów. Dlatego wiele nieistotnych dla mnie spraw odwołuję czy się nie podejmuję.

Piszę Wam o tym, bo może któraś z Was jest w podobnej sytuacji i dzięki temu wpisowi szybciej nauczy się odpuszczać. Sama wpadłam w pułapkę myślenia, że muszę się wpasować w ten nurt ambitnych matek, pokazujących, że przy dziecku można wszystko. Duża w tym wina Instagrama, gdzie często widzimy tylko skrawek rzeczywistości, zdjęcia sprzed tygodnia czy nawet roku i dajemy się nabrać, wmawiamy sobie, że skoro inne kobiety mogą, to my też musimy, bo przecież nie jesteśmy gorsze. Ja już się nauczyłam odpuszczać i tego samego życzę Wam. Żyjcie w zgodzie ze sobą, bo inaczej szybko się wypalicie. I choć pisałam ten tekst jakieś dwa miesiące temu, teraz jest dla mnie jeszcze bardziej aktualny, bo postanowiłam wrócić do regularniejszej pracy. Nie na siłę, ale tym razem czuję, że tego potrzebuję, nawet kosztem snu. Na szczęście Lilo od listopada będzie uczęszczać do żłobka przez całe 2h dziennie, ale już teraz wracam do pisania i zdjęć. Trzymajcie za mnie kciuki, bo bardzo tego potrzebuję :)

Pozdrawiam,
Kaja



7 komentarzy
  1. Faktycznie czasem też się frustrowalam, że nie mogłam dokończyć spraw, które sobie wyznaczyłam. Z czasem też odpuscilam, akurat jakoś tak samo wyszło.
    Przez cały czas dostosowuje wyjścia pod dziecko i w sumie fajnie, że wyszły nam już stałe pory kp. Dzięki temu planowanie czegokolwiek jest łatwiejsze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że łatwiej o jakąś rutynę, kiedy właśnie zacznie się robić rzeczy pod dziecko. Też łatwiej mi cokolwiek planować odkąd idę za nią, a nie oczekuję, że ona się dostosuje :)

      Usuń
  2. Bardzo dobrze, że podejmujesz ten temat, bo ja już rzygam tym mitem superbohaterki. Nie tylko w kwestii macierzyństwa, ale w wielu innych sprawach na kobietach wywierana jest olbrzymia presja i bardzo łatwo można zacząć żyć nie swoim życiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda?? Ale najgorsze jest to, że to właśnie kobiety wzajemnie się tak oceniają. Niestety w przypadku macierzyństwa pojawia się jeszcze jeden problem - nierealnych oczekiwań. Kiedy obserwujesz inne osoby, które mimo pojawienia się dziecka, żyją intensywniej niż wcześniej, to nagle narzucasz sobie, że też tak będziesz robić. I potem przychodzi weryfikacja, a wraz z nią często frustracja. Tylko na IG czy blogach nie widać, że do dziecka podziwianej kobiety 5 razy w tygodniu przychodzi babcia, że tata pracuje zdalnie, że dziecko jest z tych śpiących bardzo dużo itd. Na szczęście coraz więcej widzę osób, które nie boją się przyznać, że to mity, że "leżenie i pachnięcie" też jest spoko, a w domu można mieć bałagan i nikt od tego nie umrze ;-) Mistrzynią jest Ola z Jak lubimy :D

      Usuń
  3. Jejku dzięki Ci za ten wpis! Nie cierpię gdy ktoś pyta mnie kiedy drugie dziecko, czy Leona karmiłam (no nie, glodziłam).
    Na początku tuż po porodzie nie mogłam zrozumieć, że nie ogarniam wszystkiego. Przecież inne matki pracują, mają pasje i wiecznie się uśmiechają. No nie?
    W końcu zrozumiałam, że macierzyństwo jest przereklamowane.
    Albo znajdziesz swój sposób na nie albo przepadniesz.
    Ja już nie gonię za tym macierzyństwem z internetu.
    Mam cudownego syna. Czasem mam ochotę wystrzelić go w kosmos. Jestem mamą. Jestem żoną. Jestem sobą.
    Odpuszczam czasem i cholernie dobrze się czuję :)
    Pozdrawiam Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pytanie karmisz, odpowiadałam "nie, głodzę", na pytanie o drugie dziecko ciągle szukam riposty, ale najczęściej wprawiam w ogromne zakłopotanie rozmówcę mówiąc wprost żeby nie zadawać mi tego pytania, bo jest nie na miejscu i może być bardzo przykre, a jak nie dociera, to dodaję, że staramy się 10 miesięcy (odpowiadam tak nawet jak Lilka miała 9 miesięcy :D skutecznie zamyka drugą stronę).

      Twoje podejście jest super, dlatego często do Ciebie zaglądam na insta. Zamiast czuć się przytłoczona, oglądam co u Was i się uśmiecham. Ściskam!

      Usuń
  4. Jejku dzięki Ci za ten wpis! Nie cierpię gdy ktoś pyta mnie kiedy drugie dziecko, czy Leona karmiłam (no nie, glodziłam).
    Na początku tuż po porodzie nie mogłam zrozumieć, że nie ogarniam wszystkiego. Przecież inne matki pracują, mają pasje i wiecznie się uśmiechają. No nie?
    W końcu zrozumiałam, że macierzyństwo jest przereklamowane.
    Albo znajdziesz swój sposób na nie albo przepadniesz.
    Ja już nie gonię za tym macierzyństwem z internetu.
    Mam cudownego syna. Czasem mam ochotę wystrzelić go w kosmos. Jestem mamą. Jestem żoną. Jestem sobą.
    Odpuszczam czasem i cholernie dobrze się czuję :)
    Pozdrawiam Ania

    OdpowiedzUsuń